Malezja – raj jedzeniowy i coś jeszcze?

Jestem w raju. Staję na środku hali i zaczynam się kręcić w kółko, jak na karuzeli. Obrazy wirujące dookoła zaczynają się zniekształcać, a węch dotykają mieszaniny zapachów. W uszach rozbrzmiewa hałas rozmów, mlaskania, czasem beknięcia. Mam ochotę zamknąć oczy i zdać się na ślepy los. Zakręcić sobą jak ruletką i tam gdzie się zatrzyma moja zgłodniała paszcza, tam puścić się w rozkosz jedzenia.
Bo jestem w raju jedzeniowym.

Bardziej przyziemnie nazywa się to food court Lau Pa Sat mieści się w centrum Singapuru. To taki singapurski sposób na żarcie uliczne czyli połączenie europejskich wymagań estetyczno-sanitarnych i azjatyckiej pasji przygototywania jedzenia na ulicy. Zadaszenie i ogromne wiatraki pod nim, mnóstwo stolików i ław oraz dziesiątki stoisk z kuchniami chińskimi, malezyjskią, tajską, wietnamską, a nawet europejską.

żywieniowy raj -całkiem niepozorny z ulicy

To właśnie ta możliwość wyboru postawiła mnie przed dylematem osiołka. Żeby powstrzymać się przed śmiercią głodową wynikającą z nadmiaru wyboru, postanowiłem poddać się ślepemu losowi. No dobra, trochę oszukuję. Postanowiłem zakontraktować się na 13-to rundową walkę i spróbować … prawie wszystkiego.

Lokalne delicje 😉
Jakoś flaki brzmią  smaczniej 😉
Niektóre rodzaje kuchni stanowiły zagadkę

Pierwsza runda poszła gładko – Laksa bez ryżu (mimo namawiań sprzedawcy). Niezła, choć w KL jadłem lepszą. W drugiej rundzie musiałem bronić honoru rodziny, bo żona odpadła przy Pad Thai, a Młody tak się smakowicie zajadał zielonym curry, że nie mogłem się powstrzymać, żeby nie uszczknąć trochę z jego talerza.

inna wieczerza (Curry Mee, Pad Thai z krewetkami, Chee Cheong Fu)

Trzecia runda to pójście na łatwiznę – pierożki z krewetkami (w wersji prawn) i 3 rodzaje baozi (custard, ze słonym jajkiem, czerwoną fasolą). I to był strategiczny błąd.  Baozi, na tyle mnie zatkały, że przykucnąłem w narożniku.

Baozi custard

Rozsądek, a właściwie żołądek przekazujący sygnały „overloaded” nakazał rzucić ręcznik. Wysyczałem tylko „ja tu jeszcze wrócę” i wyszedłem z foodcourtu prosto w paszczę świeżo smażonych satay 🙂 To jakby wyprowadzany z ringu bokser po lekkim nokaucie, natrafił w wąskim korytarzu na swego odwiecznego wroga, który zaczyna sobie z niego kpić.

Jakby w środku było mało jedzenia

Zaczynam moją relację z Malezji od jedzenia, bo to był najjaśniejszy moment całej wycieczki. Tylko i aż jedzenie. No, dobrze, nie ma co ukrywać – to był jeden z głównych celów wyjazdu  – próbować różnych kuchni azjatyckich, nie przemieszczając się zbytnio. Malezja jest ku temu idealnym miejscem. Żarcie jest dość tanie, w większości dobrze przygotowane, a przede wszystkim różnorodne. Wszystko dzięki temu, że Malezja nie jest krajem jednorodnym, a Malezyjczykami nazywają się mieszkający to Malajowie, Hindusi, Chińczycy, a nawet ekspaci z Europy czy Australii. Jeśli do tego dodać dostęp do świeżych tropikalnych owoców i owoców morza to można śmiało Malezję ustawić w czołówce listy must-eat place.

Symbolem tej różnorodności są właśnie food courty takie jak Lau Pa Sat – choć ten jest akurat z Singapuru 🙂 Rozwiązują problem niedopasowania żywieniowego w rodzinie.
Dialogi w stylu
„- Gdzie idziemy na kolację?
– Do włoskiej.
– Ale ja nie mogę jeść makaronów. Wolałbym do indyjskiej.
– Ale ja nie cierpię zapachu masali.”
zastępuje dylemat
„przy którym stoliku się spotykamy?
Każdy idzie w swoją stronę i wraca z upolowaną strawą. Którą obowiązkowo, dzieli się z innymi!

Hala Koszyki po Singapursku 🙂

Mekką smakoszy jest podobno Georgetown – miasto na wyspie Penang w pobliżu granicy z Tajlandią. Słysząc, że Unesco wciągnęło go na swoją listę (z uwagi na 0ryginalną kolonialną zabudowę z początku XX wieku) i czytając zachwyty nad żarciem (nie ma sensu polecać knajp, idziesz i co chwila spotykasz pyszne miejsca z jedzeniem) i sztuką uliczną (kto nie widział słynnych dzieci na rowerze lub huśtających się na ławeczce), postanowiłliśmy, że będzie to nasz przerywnik pomiędzy pobytami w Kuala Lumpur i Singapurze.

graffiti w Georgetown
kolejka do zdjęcia w Georgetown
słynne dzieci na huśtwace w Georgetown

Niestety albo moje kubki smakowe wysublimowały się albo miałem pecha albo najazdy turystów i samych Malezyjczyków przekonały lokalsów, że nie trzeba się tak bardzo starać i tak strumień mamony płynie wartko.

Rzeczywistość okazała się bardziej szara niż fantazje.
Wprawdzie pierwszego wieczora, knajpa Passions of Keralla odwróciła moje negatywne podejście do kultowego dania Banana Leaf ale kolejne kuchenne rewelacje  wywoływały jedynie lekki uśmiech.

Banana Leaf czyli ryż 3 rodzaje warzyw, 3 rodzaje sosów i dodatkowo mięso i Papadam na zakąskę

Podsumowując jednym zdaniem: „Jest nieźle ale musiałbym obrazić Muzułmanina, nazywając Georgetown Mekką smakoszy”.
No dobra, jeszcze Otak, otak (pasta rybna z mleczkiem kokosowym i innymi cudami) okazała się objawieniem i omlet z ostrygami mimo prostoty radował podniebienie
ale już Penang Laksa nie może stawać w szranki z tajską zupą z mleczkiem kokosowym. Mimo tego, że na pierwszy rzut języka powinna być przynajmniej tak samo wyborna. Była dobra ale nie stała się moim marzeniem – jak tajska ….

Otak otak (to nadgryzione brązowe)  i Che Cheung Fu

Żeby cały tekst nie stał się tekstem tylko o żarciu napiszę jeszcze tylko o:

  • prawnsach w cieście – klasyka ale rozbrajająca w wietnamskiej knajpie w centrum handlowym w Kuala,
  • Che cheung fu – szerokich kluskach ryżowych zwiniętych i pokrojonych na kształt naszych leniwych, z brązowym słodkawym sosem ale koniecznie bez sosu krewetkowego (ble) – mógłbym to jeść codziennie na śniadania przez kilka tygodni,
  •  owocach – mango, których smak chciałbym umieć opisać ale moje umiejętności językowe są zbyt mizerne – trzeba zwyczajnie je jeść garściami, jackfrucie – którego zapach przypomina (nie)sławnego duriana ale smak niweluje wszelkie niedogodności i zostawia kubki smakowe w ekstazie i mangostynka czyli główka czosnku ukryta w groźnie wyglądającej skorupie, która smakuje niesamowicie delikatnie i właściwie niepodobnie do żadnego znanego mi owocu.
  • sok z gałki muszkatułowej (nutmeg juice) – nie mogłem uwierzyć, że z gałki robi się taki pyszny sok.
Snake fruit (przypomina węża) i Mangostynka
Mango, Jackfruit
Krewetki w cieście

Są jeszcze Roti Canai (standardowe na śniadanie), Naan, Ban Cien Kuih (przegryzki hinduskie), różnego rodzaju Mee (zupy), Nasi Lemak (narodowe danie Malezji) czy Kwai Teow, którymi w Polsce zajadałbym się wychwalając je pod niebiosa. Ale tam byłem bardziej wybredny i nie zaliczam ich do „objawień”.

Nasi Lemak czyli ryż, anchois, jajko, strzępy mięsa, ogórek

Architektura … państwa

Poza jedzeniem w Malezji jest jeszcze kilka rajskich wysepek, piękne (podobno) wzgórza Cameroon Highlands i rewelacyjne miejsca do górskiego trekingu. Niestety o tym ostatnim dowiedziałem się dopiero na miejscu od Polaka mieszkającego w Kuala, którego poznałem … na parkrunie 🙂

I było za późno, żeby przetestować łażenie po malezyjskich górach. Choć całkiem trudno mi sobie wyobrazić wspinanie się pod jakiekolwiek wzniesienie przy 30 stopniowym upale i wilgotności 90%. Z drugiej strony, trudno było sobie wyobrazić szybkie bieganie w takiej saunie, a jednak się dawało 🙂

parkrun o świcie
parkrun to nie wyścig 😉

Parkrun zaliczony w Kuala i Singapurze. O wschodzie słońca, nietypowo jak na parkrun (we wszystkich lokalizacjach na świecie biega się w soboty o 9). Ale w tak samo sympatycznej atmosferze, z mnóstwem turystów biegowych (w Singapurze) lub z mnóstwem zakrętów (w Kuala). Dobra, bo miało być o architekturze, a wyszło jak zwykle o bieganiu.

Wioska w centrum metropolii

Architektura Malezji jest … zróżnicowana. Wyobraźcie sobie skansen lub zespół ogródków działkowych … pod Pałacem Kultury w Wawie. Małe parterowe chatynki, czasem przypominające domki letniskowe, czasem działkowe. A tuż obok budowa 30-piętrowego apartamentowca, a w tle (ok 1 km w linii prostej) dwie wieże Petronas Tower – symbolu Kuala Lumpur i chyba całej Malezji.

działki w Centrum
Sąsiedzi
życie w Kampung Baru

Trudne do wyobrażenia?
A jednak. Wprawdzie kur biegających po uliczkach Kampung Baru nie widziałem ale resztę projektował klasyczny małomiasteczkowy scenograf – lokalesi siedzący przy  szklaneczce Teh tarik (herbaciany ulepek z skondensowanym mlekiem) w przydrożnym barze, dzieciaki biegające po ulicy z lodami w ręku, wszechwiszące pranie.
Jedyne co lekko wyróżniało Kampung Baru od innych tego rodzaju miejsc na świecie to zwyczaje. Na przykład chłopaczyna wysiadający z samochodu i całujący w rękę matkę, która go podwoziła do tradycyjnej muzumułańskiej szkoły.

Opium dla ludu

Islam zresztą odgrywa ciekawą rolę w Malezji. Nie jest to znana z mediów wojująca lub zagarniająca całą przestrzeń religia, choć niektóre stany (tak, tak w Malezja jest krajem stanowym – 13 stanów jest  odwzorowane we fladze malezyjskiej – z daleka przypominającej zresztą flagę amerykańską) są podobno przepojone fundamentalizmem i zwyczajami utrudniającymi spokojne życie zarówno wyznawcom, jak i zwykłym „przechodniom”.
W KL właściwie jedynym widocznym islamskim akcentem są nawoływania muezinów do modlitwy, kobiety w czarnych nikabach (widać tylko oczy) oraz wysoka cena alkoholu. Mimo tego, że islam jest religią państwową, prawo religijne obowiązuje tylko muzułmanów, na ulicy można tak samo łatwo kupić świninę, jak i kurczaka, a kobiety w krótkich sukienkach można spotkać prawie tak samo często jak w nikabie.
Poza tym klasyką gatunku jest kilka świątyń na jednej ulicy – meczet, świątynia chińska, hinduska, a tuż obok bar  i bank dla europejczyków. Każdy modli się do swojego boga 🙂

 

Świątynia chińska w Georgetown
tuż obok meczet
i świątynia indyjska

Praktyczną niewidoczność niedogodności dla nie-muzułmanina potwierdzili europejscy ekspaci. Jak widać problem nie leży w islamie, a raczej w jego używaniu.

Mamy w Malezji mieszankę wydawałoby się wybuchową: kraj religijny, a do tego multi-kulti. Dzielnice Little India, czy Chinatown to nie getta, a raczej popisówka dla turystów. Dwie przecznice dalej Chińczyk mieszka obok Hindusa, czy Malaja i praktycznie żyją w zgodzie. Choć chyba lepszym określeniem byłoby żyją obok siebie i sobie nie wadzą. Małżeństwa chińsko-malajskie zdarzają się bowiem dosyć rzadko. Wśród Chińczyków, którzy są największą mniejszością w Malezji, rzadko również zdarzają się islamiści.

Little India czyli 2 ulice z hinduskimi sklepami

 

Polityczna bajka?

W jeszcze większy stupor można wpaść czytając o tym co się dzieje w polityce malezyjskiej. Przekładając to na nasze realia, wyobraźcie sobie, że:

Pierwszy Obywatel RP ma 92 lata. PIZ rządzi już kilkadziesiąt lat. Parę lat temu Pierwszy zmęczony polityką lub chcąc poobserwować wszystko z boku, namaszcza swojego następcę – Siepacza Żebro. Siepacz Żebro, niewiele myśląc (w końcu od myślenia był Pierwszy) wsadza do pierdla najbardziej znienawidzonego opozycjonistę Donalda Ducka. A sam bierze się za rządzenie – czytaj kombinowanie z gigantycznym funduszem emerytalnym – nazwijmy go FOZZ. Do tego funduszu płynie wartki strumień, a właściwie rzeka ropy i gazu zamieniania na petrodolary. Fundusz finansuje infrastrukturalne inwestycje, choć część Malezyjczyków dziwi się, że wille, wypasione samochody i biżuteria to też infrastruktura?
Siepacz Żebro przestaje się ograniczać (w końcu ma pełnię władzy i cenzurę w mediach) i przekracza cienką czerwoną linię, za którą ciemny lud już nie kupuje wszystkiego. Popularność Żebry opada jak poziom wody w strumieniach w czasie suszy stulecia. Wygląda na to, że wszechwładny PIZ może dostać od suwerena prztyczka w nos, po którym zakryje się nogami. I wtedy do akcji wkracza 92-letni Pierwszy Obywatel. Tworzy partię pizOdNOWa i buduje swój kapitał na obgryzaniu Żebry. Suweren jest jak na prochach. Zapomina o tym, kto namaścił Żebrę i traktuje Pierwszego jak białego rycerza, który uratuję księżniczkę. Pierwszy wygrywa wybory, wsadza do pierdla Żebrę i żeby nie przeciążać więzień, wypuszcza Donalda Ducka. I robi go swoim następcą. W ten sposób ratuje swój tyłek i całą ojczyznę i pozostaje bohaterskim Pierwszym Obywatelem. Zapewne w Meczecie Narodowym będzie miał swój grobowiec.

Podobała się Wam bajka? W Malezji to nie je bajka, to szara rzeczywistość.

Mamy więc państwo religijne i multi kulti, wioskę w środku nowoczesnej metropolii i cichą dyktaturę, która zamienia się rolami z opozycją i to nie przy użyciu czołgów, co w tamtym rejonie jest akurat dość standardowym narzędziem demokracji.
Mamy pięknie odnowione bielusieńkie postbrytyjskie budynki kolonialne, tuż obok dzielnicy domów na palach zamieszkałych nadal przez chińskie klany.

domy na palach Georgetown

I przede wszystkim (dla mnie) nie mamy chodników. Malezja, a właściwie Kula Lumpur w moim autorskim rankingu przyjazności dla piechurów zajmuje zdecydowanie ostatnie miejsce. Jeśli tak mają wyglądać miasta przyszłości czyli dżungla autostrad, kolejki naziemne, chodniki, które kończą się nagle, bo pojawia się kolejny pas dla samochodów, przejścia dla pieszych co parę kilometrów to ja wysiadam. Zwiedzanie miasta z samochodu, mimo tego, że przejazd dla 3 osób jest tańszy niż bilety na metro,  w samochodzie jest klima, a w niektórych nawet darmowa woda i orzeszki, mnie nie bawi. To przecież, jak lizanie lodów przez szybę.

Snaki w Grabie czyli azjatyckim Uberze
autostrady tuż obok reprezentacyjnego planu w KL

Czy zatem Malezja mi się podobała?
Przede wszystkim nie mogę napisać, że widziałem Malezję. Widziałem tylko 2 największe miasta – Kuala Lumpur i Georgetown. Podobało mi się w nich:

  • tanie, dobre i różnorodne żarcie,
  • brak Vatu 😉
  •  tani Grab (ichniejszy Uber),
  •  różnorodność kultur.

Zdecydowanie męczyły mnie:

  • nieprzyjazność miasta dla spieszonych,
  • mało zielonych terenów,
  • chaos architektoniczny.

Zmęczony malezyjskimi miastami, trochę obawiałem się Singapuru – w końcu topowej azjatyckiej, a nawet globalnej metropolii.

Czy odpocząłem? O tym w następnym odcinku 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *