Parki narodowe USA –  marzenie

Co to jest marzenie?

Coś jak rozmyta wizja senna, która nie przybiera realnych kształtów. Jest tylko mgiełką albo dymem, który układa się w „coś w podobie”. A może tęsknotą, która pozostanie nigdy niezrealizowana, bo jak zacznie zamieniać się w konkret to albo stężeje i będzie betonowym klocem albo rozsypie się jak rzeźba z piasku na wietrze.

To trudny moment. Zamienić coś co majaczy się jako ideał w real. Brnąć po pas w błocie małych problemów, żeby doczłapać się do … No właśnie dokąd? Do doliny spowitej mgłą? Do bajecznego widoku czy raczej do rozczarowującego kiczu albo przereklamowanej kopii.

Czy dlatego tak kurczowo zaciskamy powieki marzeń, żeby tylko nie otworzyć oczu i zamienić senny majak w realny świat? Czy może paraliżuje nas strach pustki po spełnieniu?

Tego zejścia ze szczytu, który upuszcza z nas napompowaną ekscytację i pozostawia sflaczałym, emerytowanym balonem.

A może to strach, że kolejne marzenie nam się nie przyśni. Że staniemy się dryfującą, wydrążoną w środku belą drzewa. Drzewa, któremu zostały tylko wspomnienia.

A może to tylko zwykła paniczka przed przekraczaniem strefy komfortu? Pola siłowego, które nas otacza i w którym czujemy się bezpieczni. Bo jest znane. Nawet jeśli to pole to zwykły smrodek spowijający nas i niedopuszczający nikogo w nasze pobliże.

Tak czy owak, jak mówi Zenon Nowak, ciężko jest nadać marzeniom konkretny kształt. Łatwiej, żeby pozostawały eteryczne. Żeby je wzdychać i wypuszczać nosem. Albo tylko gdybytylkolić, „gdybym tylko miał…, gdybym tylko mógł”.

Bezkształt marzenia

Moje marzenie pt. Parki narodowe w USA przez wiele lat miało właśnie taki bezkształt. W pewnym momencie stężało, jak para wodna na szybie w czasie mrozu. Stało się to, gdy przeczytałem relację z obozu biegowego po parkach na Zachodnim Wybrzeżu. Nadal jednak nazwy miejsc, skał, kanionów były tylko etykietkami, słowami i niewiele za nimi stało.

Gdy  w końcu szczypcami celu rozwarłem powieki marzenia, zobaczyłem logistyczną gęstwinę: nazwy, odległości, czasy, przez którą trzeba było przedrzeć się maczetą planu. Które trzeba było ułożyć jak puzzle.

Przede wszystkim rozszyfrować co to znaczy Parki Narodowe w USA. Jest ich 59, jak podaje Wikipedia Największe mają po 30 tys km² czyli są 3 razy większe niż Mazury. Najmniejszy ma 22km² czyli mniej niż Sochaczew. W samej Kalifornii, Utah i Nevadzie możemy się natknąć na 15.

Wolność wyboru, mnogość możliwości

Hasło reklamowe, które jednoznacznie ma pozytywny wydźwięk. Jako hasło. Bo jako rzeczywistość staje się koszmarem. Brak punktów zaczepienia, kryteriów, czy jak kto woli ograniczeń, potrafi nas doprowadzić do oślej śmierci z dwoma żłobami.

Paradoks wolnego człowieka, który szuka ograniczeń, żeby z tej wolności skorzystać.

Czyż nie pięknie jest móc żyć, gdy nic się nie musi? Gdy ma się mnóstwo ścieżek do wyboru? Czyż nie strasznie się robi, gdy nie możemy się zdecydować.

Gdy zdajemy sobie sprawę, że pójście w prawo, ogranicza nasz wybór pójścia w lewo. Gdy strach przed utratą najlepszej alternatywy, a nawet wolności zatrzymuje nas w pozycji „nicnierobienia”. Wolność zachowa się lewitując? Bo każdy ruch to utrata wolności. Zakucie się w kajdany wyboru. Nieoptymalnego wyboru.

W końcu zrezygnowałem z wolności, wybierając całkowicie nieznaną mi ścieżkę – Parki narodowe USA.

Ścieżka okazała się być wielowątkowa, kręta, z setką skrzyżowań. Studiowanie jej mapy, odwzorowań rysowanych przez innych w internetowych relacjach, dyskusjach na grupie „Podróże po USA”, doprowadziło prawie do przegrzania moich zwojów. Ktoś kiedyś napisał, że to sposób na bezpieczne podróżowanie. Studiowanie map, czytanie relacji innych, oglądanie zdjęć i filmów.

W epoce blogów podróżniczych, przygotowanie do realnej podróży może trwać latami.

Postanowiłem nałożyć sobie smycz biletów lotniczych. To niezbyt optymalne podejście, gdy trzeba upychać setki mil drogi, godziny jazdy samochodem, kilkanaście parków narodowych i pewnie setkę miejsc – must-see do walizki pt. Bilet lotniczy w dwie strony.  Szczególnie jeśli ta walizka ma wymiary dwóch tygodni.

Dorzucając do smyczy biletów, kaganiec pt. „spędzić więcej czasu poza samochodem niż w samochodzie”, moja wolność wyboru skurczyła się jak skazańcowi, który dostał dożywocie.

Amerykański rzut beretem

Pozostało ograniczyć się do miejsc oddalonych o rzut beretem, żeby wyrobić się w 2 tygodnie. Okazało się, że Amerykanie rzucają beretem znacznie dalej niż Europejczycy. Dla nas miejsca o rzut beretem to oddalone o jakieś 100 km. Dla Amerykanów to raczej 200 mil czyli ok 320 km czyli blisko 4h jazdy.

Tak, tak – 4h. Jeśli chce się przestrzegać przepisów drogowych – czytaj, nie ma się elastycznego portfela na mandaty to trzeba tak liczyć. Na większości dróg obowiązuje limit 65 mph czyli niewiele ponad 100 kmh.

amerykański znak ograniczenia prędkości
amerykański znak ograniczenia prędkości

Po drodze między pkt A i B,  mijamy urokliwe miasteczka, które chcąc zaprezentować się nam w całej okazałości, dyskretnie przekonują znakiem – Speed limit 35mph – do zdjęcia nogi z gazu lub wciśnięcia przycisku „-„ (minus) na tempomacie. Dodatkowo mijamy miejsca, które bez znaku ograniczenia prędkości, samym urokiem każą się zatrzymać przynajmniej na chwilę. I w ten sposób, średnia prędkość spada nam poniżej 100 km/h. Mimo tego, że jedziemy drogą przypominającą Highway to hell czyli pustą jak cholera.

Kryteria wyboru

Kryteria wyboru narzuciły się zatem jakby same:

  • czas wyprawy – 2 tygodnie,
  • limit siedzenia w samochodzie – więcej czasu poza samochodem, niż w samochodzie,
  • minimum pobytu w jednym parku – przynajmniej 36h w jednym parku narodowym czyli żadnego zwiedzania przez szybę samochodu.

Nie to żebym zamykał oczy jadąc. Ale plan był taki, że liczy się tylko to co widziałem drepcząc wokół na  osobistych nogach.

Próbując wybrać konkretną trasę, przyjmowałem z ukrywaną ulgą kolejne ograniczenia.

Przejazd widmem drogi 66 z Chicago do LA jest romantyczny ale tylko w 1,5h filmie” – napisał mi Chris.  Uff, wykreślamy.

Wypożyczenie samochodu w jednym miejscu, oddanie w innym kosztuje małą fortunę”  – Uff, robimy kółko.

Skrócenie odpoczynku po maratonie w Chicago do kilku godzin odpada ze względu na dużo tańszy przelot do LA we wtorek” – niestety jeden park mniej.

Niektóre z tych ograniczeń można by kontestować i starać się przełamać falę ale upływający czas, zmusił mnie do wyborów. Czasem nieoptymalny wybór ale podjęty szybko jest lepszy od za długiego analizowania. A czasem nie J

Kolejnym ograniczeniem była rezerwacja hoteli. W erze bookingu i darmowego odwoływania rezerwacji, to ograniczenie wydaje się być iluzoryczne ale najsilniejsze w tej iluzji jest bezwładność. Albo pisząc po ludzku lenistwo. Hotel raz zarezerwowany = jedna z decyzji mniej. A na niedostatek podejmowania decyzji w takiej podróży nie można narzekać. I to decyzji daleko bardziej egzystencjalnych niż wybór dachu nad głową. Decyzji w stylu: czy dołożyć sobie 600km jazdy samochodem (zamiast luźnego dnia) i zobaczyć kultowy dla biegaczy Forrest Gump Point  czy zostawić to na „następny raz”?

Mój sposób na przejście od marzeń do działania?

Kupić bilety lotnicze (wystarczająco drogie, żeby nie można było ich przebukować) i zarezerwować hotele.

W ten sposób powstało lasso o obwodzie ok 2000 mil czyli 3200 km.

trasa po parkach narodowych USA
LA-Sequoia Park- Death Valley – Valley of Fire – Zion Park – Canyon Bryce – Page – Grand Canyon – Joshua Tree – LA

Czyli jakieś 40h jazdy samochodem i 152h poza samochodem (odliczając sen) J Czyli zgodnie z całkowicie nieamerykańskim założeniem

więcej czasu na własnych nogach, niż za kółkiem”.

Zobacz część drugą czyli Sequoia Park i Death Valley>>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *