Pół człowiek z żelaza cz. 2

Tak zwane strefy T1 i T2 to fetysz dla triatlonistów. Ludzie, którzy męczą się czasem przez kilkanaście godzin, stają na uszach, żeby zaoszczędzić sekundy w przebieralni. Robią nawet specjalne treningi, żeby wykonywać te banalne czynności w sposób automatyczny i maksymalnie szybki. Bo wbrew pozorom roboty jest całkiem sporo.

Po pierwsze zdjęcie pianki. Guma, która w czasie pływania staje się drugą skórą, schodzi bardzo opornie. Szczególnie z nóg. Nawet jak się je zdepiluje.

Po drugie nałożenie na siebie osprzętu kolarskiego. Buty, okulary, żarcie na plecy, kask, rękawiczki. Ja dołożyłem sobie jeszcze opaskę z telefonem na rękę i słuchawki oraz skarpetki, bo miałem pewność, że w nowych twardych butach SPD będę miał poobcierane stopy. A te powinny być jak Figurski z Wojewódzkim w dobrej formie od rana.

A jak skarpetki to trzeba wytrzeć palce. I tu się zaczyna się dramat. Okazało się, że na treningach w szybkim przebieraniu nie przećwiczyłem wycierania mokrych, zapiaszczonych stóp, pokrytych dodatkowo listowiem (?) z pobliskiego drzewa. Przez myśl mi przeszło pominięcie tej pasjonującej czynności ale następny obraz – soczyste bąble podchodzące posoką, zmobilizowały mnie do tarcia, suszenia i otrzepywania. W końcu czyste narzędzia pracy to podstawa BHP.

Po męczarni z wycieraniem (piach był wszędzie więc zadanie wyglądało na typową robotę Syzyfa), okazuje się, że nawet nałożenie „głupiej” rękawiczki staje się nie lada wyczynem .

W końcu (upłynęła wieczność) zakładam buty i biegiem po rower. Na szczęście stoi tuż przy wyjściu. Wyjściu?! Ups I did it again. Jestem przecież z drugiej strony rzędu więc nie ma szans, żebym go zobaczył! Który to był rząd?!

Przede mną rozpościera się piękny widok na blisko 500 miejsc parkingowych na rowery i gdzieś wśród nich jest moja koza. Zupełnie jak pod supermarketem. Na szczęście 2/3 zawodników jest już na trasie więc i rowerów na parkingu jakby mniej. W końcu wypatruje mojego stalowego rumaka i … przypominam sobie, że nie mogę na niego wsiąść dopóki nie przekroczę pewnej linii. No właśnie, gdzie jest ta linia? W Chełmnie była wielka brama (meta) od której sędziowie krzyczeli „można jechać”, a tutaj? Wybiegam z boksu i dalej biegnę, żeby przez głupotę mnie nie zdyskwalifikowali albo nie kazali czekać na stołeczku 15 minut (kara). Wreszcie jakiś kibic lituje się nad moim nierozgarnięciem i krzyczy „Wsiadaj na rower”. Chciałbym napisać wskakuję ale nie tym razem. Oczywiście buty, które normalnie wpinają mi się w ciągu 2 sekund teraz ogłaszają strajk włoski. Że niby robię to zbyt nerwowo?

Rowerowanie

Pedałuję bez wpięcia, żeby zacząć w końcu jechać. I wtedy widzę, że jeden but nie jest zapięty na rzep. Jego jęzor dumnie wylazł z cholewki i za cholerę nie chce się schować. Mocuje się z nim tak zaciekle, że jeździmy z rowerem po całej szerokości drogi. Ktoś krzyczy „uważaj” i mija mnie o włos rozpędzony do prędkości światła. Odpuszczam porządkowanie garderoby, a but zwycięsko pokazuje mi jęzor. Dobra, załatwię Cię za parę kilometrów.

W czasie tego miotania mija mnie kilku gości ale do tego jestem przyzwyczajony. Rower to przecież moja pięta Achillesowa. Przez wiele tygodni tłumaczyłem sobie, że to wina sprzętu (trenowałem na MTB) ale po tygodniu katowania szosówki (a właściwie katowania SIĘ szosówką) okazało się, że przejechanie 90 km poniżej 3:30 może być wyczynem ponad moją niewielką miarę. Oczywiście na początku bez problemu trzymam tempo powyżej 30 km/h ale wiem, że to będzie łabędzi śpiew. Trzeba zwolnić panie Amstrong. Przed panem 90 km – dystans, którego nigdy nie przejechałeś, nie mówiąc już o tym, że po nim będziesz musiał przebiec półmaraton.

Gdy tylko ponosi mnie wola walki, daje jej w łeb, przypominając sobie trening na którym przejechałem 70 km. A właściwie przejechałem 60 km, a ostatnie 10 przeczołgałem się z zawrotną prędkością 20 km/h.

Przez pierwsze kilometry myślę o … jedzeniu. Wiem, że pierwszy żel powinienem łyknąć po 20 minutach od startu na rowerze. I później jeść i pić co 10-15 km. Tylko jak tu zacząć coś jeść jak w żołądku stoi mi … gula. O smaku banana. Pięknie. Tak się kończy łykanie bananów w całości. Przeciągam moment rozpoczęcia wprowadzania żelu. Staram się popić trochę wody (jeden bidon mam z wodą, drugi z izo), przełykać ślinę i trawić. Trawić z całych sił. Nie wiem, czy człowiek jest w stanie podnieść poziom kwasu w żołądku, żeby pochłonąć intruza, który blokuje przejście kolejnemu towarowi. Mi się to chyba udaje bo po 15 minutach banan staje się jakby wspomnieniem. A więc czas na batonik. Żel odkładam na 30 kilometr.

Radością graniczącą ze zdziwieniem jest dla mnie fakt, że udaje mi się kogoś wyprzedzać. I nie są to przechodnie albo dzieci na trójkołowych rowerach. To inni zawodnicy. Niektórzy w ciuchach zawodowych grup kolarskich… z przeceny.

Przy zabronionym draftingu, wyprzedzanie to skomplikowana procedura. Gdy zbliżamy się do kogoś na bliżej niż 10 m powinniśmy wyjechać z jego korytarza powietrznego, przyspieszyć, wyprzedzić pacjenta i wrócić na swój tor jazdy. Łatwe w teorii. W praktyce jak ktoś jedzie w podobnym tempie to szybkie wyprzedzenie oznacza konieczność pedałowania co sił w nogach. Uff wyprzedzony, mogę zwolnić, żeby za 2 minuty zobaczyć jego plecy. Taka zabawa w kotka i myszkę trwa niekiedy przez kilka kilometrów.

Jedzenie, picie i …

Pierwsza pętla 30 km mija dość szybko. Rozpoznaję drogę, rozglądam się po okolicy, próbuję zapamiętać trudniejsze zakręty. Wreszcie dojeżdżamy do strefy bufetowej i startu zarazem. Zwalniam ale nie biorę nic. Mam jeszcze swoje zapasy. Po strefie postanawiam się pożywić żelem. Wchodzi całkiem żwawo (w końcu jest płynny), staram się go podzielić na 2 dania, żeby popić pierwsze wodą, który ma zneutralizować przesłodzony smak. Bo mimo, że na opakowaniu jest napisane coś o karmelu i solonym maśle (sic!), w ustach pozostaje głównie lepiąca się słodka masa. Wypłukanie języka i kubków smakowych trochę pomaga. Zwrotki nie będzie.

Przed końcem pierwszej pętli, łyka mnie Remek – znajomy z obozu triatlonowego. Wiem, że gość „ma kopyto” – na obozie jadąc MTB, potrafił wyprzedzać kolarki. Na pierwszych 30 km odrobił więc jakieś 6 minut do mnie. Widuję go jeszcze w miasteczku i na ostatnim nawrocie przed bufetem. Staram się zapamiętać w którym miejscu mnie mija i sprawdzić po jakim czasie tam dojadę. Na drugim „punkcie” pomiaru mam 4 minuty, na końcu drugiej pętli 12 minut straty. Czyli jedziemy równo – każdy swoim tempem 😉

Gdzieś w połowie dystansu zaczynają pojawiać się czarne chmury. Niebo jest lazurowe ale w mojej głowie trwa eksplozja czarnowidztwa. A co, jak mi teraz pójdzie dętka? Albo pęknie łańcuch? Właściwie co jest gorsze? Jak łańcuch to mogę spokojnie posadzić dupsko w krzakach i czekać na samochód orga, który mnie zabierze na metę. Jak dętka i będę sterczał na tym poboczu pewnie ze 30 minut, namorduję się niemiłosiernie i co gorsza może mi się nie udać jej wymienić. Nie wiadomo co gorsze? Trzęsę się więc na każdą większą dziurę w asfalcie. Można więc rzec, że mam febrę non stop, bo asfalt jest nasz, polski.

Z trzęsawki budzi mnie koniec drugiej pętli. W strefie zrzutu pozbywam się mojego bidonu na wodę. Muszę pobrać bidon z izo organizatorów i butelkę z wodą. Pierwszy łyk izo za strefą i …. mało brakuje, że wylądowałbym na poboczu. Smak jest tak okrutny, że mało mi kierownica nie wypada z rąk. Huston, we’ve got a problem. Jestem w połowie triatlonu, a mam resztkę izotonika w swoim bidonie i ¾ drugiego w strefie zmian. Stanowczo za mało. Jeśli mnie teraz odrzuca od picia orgów to co będzie się działo na ostatnich kilometrach, kiedy żołądek nie będzie już przyjmować niczego?

Ciskam wściekły bidonem orgów w las (mam nadzieję, że nie dostał nim żaden z kibiców) i kręcę dalej. Zaczynam już odczuwać ból szyi. Pozycja kolarska nie jest zbyt komfortowa. To coś jak leżenie na brzuchu z wypiętym tyłkiem i mocno zadartą głową do góry. W wieku niemowlęcym to trochę ćwiczyłem ale teraz? Opuszczanie głowy w dół grozi jednak natknięciem się na …. samochód. Mało brakowało, ze krótki odpoczynek dla szyi skończyłby się dłuższym odpoczynkiem dla mnie. Jakiś kretyn wykorzystał moment, że nie ma policji i orgów, i sprawdzał osiągi swojego opla „prawie nówki” z wczesnych lat 90-tych. Oczywiście na zakręcie, bo przecież najlepsi kierowcy nie zwalniają przed zakrętami.

Znów wyjeżdżam na pola. Mam za sobą 70 km, czekam na kryzys. Pobolewa mnie prawe kolano ale to się nie liczy. W końcu, w moim wieku, jeśli nic nie boli to znaczy, że nie żyjesz.

Boję się raczej braku mocy, efektu wyładowanej baterii. Momentu kiedy stuka się w licznik, niedowierzając, że prędkość cały czas spada, mimo, że pedałujesz jak szalony. Na szczęście jedyny kryzys jaki nadchodzi to … kryzysowe parcie na pęcherz. Robię szybki przegląd możliwych rozwiązań.

a) Sikam pod siebie, nie schodząc z roweru – najbardziej profesjonalne rozwiązanie, nie wiem tylko wytrzymam towarzystwo takiego profi.

b) Zatrzymuję się gdzieś w polu i podlewam drzewko – w końcu susza w tym roku niemożebna. Stracę mnóstwo czasu i wypadnę z rytmu ale jaka radość spłynie na moją twarz ;).

c) Trzymam do końca roweru i zaczynam bieg od miejsca gdzie król piechotą chadzał. Wydaje się najbardziej cywilizowane, tylko czy miałem zostać ironman’em w trzymaniu?

Kilka kilometrów rozważań doprowadza mnie do pięknej wierzby. Hamowanie i już jestem za nią. I tu się zaczynają się schody i to niekoniecznie do nieba. Zapomniałem, że mam na sobie jedynie seksowny jednoczęściowy kostium. Który opina mi wszelkie krągłości, jakie posiadam dość solidnie. Żeby załatwić najprostszą potrzebę, musiałbym się całkowicie obnażyć. Krótka konsternacja i w końcu decyduję się na karkołomne „wyciąganie” przez nogawkę. Szczegółów oszczędzę ale w czasie moich gimnastycznych popisów mija mnie przynajmniej z dziesięciu kolarzy. Dobrze, że zasłania mnie wierzba. Inaczej parę osób mogłoby wpaść do rowu, gapiąc się na moje wieloznaczne zachowanie.

Szkoda, tylko, że tracę całą przewagę nad gośćmi, których niedawno wyprzedzałem. Cóż, za przyjemności trzeba zapłacić. Lekki na duchu i nie tylko, wskakuje na rower i … słyszę nieprzyjemny chrobot. Czyżby miałbym zakończyć mój występ w toalecie?

Na szczęście to tylko mały patyk, który wkręcił mi się w łańcuch. Operacja usunięcia go nie trwa zbyt długo i kończy się pełnym sukcesem – pacjent (patyk) schodzi (z łańcucha). Bez zbędnego obciążenia czuję się wspaniale. Gnam do przodu prawie jak Szurkowski (pewnie w wieku 55 lat) i oprócz kilometrów połykam jeszcze baton i wodę.

Końcówka roweru i początek szczęścia

Serce mi się raduje i dusza, a wraz z nimi wszelkie członki. Czuję się naprawdę nieźle, a przede mną moja koronna konkurencja – bieg. Wiem, że będę leciał jak na skrzydłach, wreszcie nie będę czuł tej niepewności, jak daleko mogę zajechać organizm, będę mógł się zamienić w automat do połykania kilometrów i rywali. Czekam na bieg, jakby to nie był półmaraton po 4 godzinach napierania ale przyjemność, nagroda za to, że przetrwałem. Boże jak ja kocham biegać!

Przestaję się bać nawet awarii sprzętu. Zostało mi mniej niż 10 km, najwyżej resztę przebiegnę razem z rowerem. Na szczęście rower zachowuje się kulturalnie do samego końca i nie sprawdza moich możliwości biegania w butach SPD. I całe szczęście, bo ani buty, ani ja nie bylibyśmy zbyt szczęśliwi.

Dojeżdżam do strefy zmian i moim oczom pokazuje się… tasiemiec. Tasiemiec ludzi biegnących w tam i z powrotem. Biegamy po „agrafce” czyli 2,5 km w jedną stronę, nawrót i 2,5 km z powrotem. Na trasie biegowej jest już większość zawodników, ja ze swoim czasem po pływaniu i rowerze jestem przecież dopiero ok. 260 miejsca.

Pogoń

Znów strefa zmian. Znów amok, nie mogę znaleźć miejsca gdzie powinienem odstawić rower. Tym razem już przebieranie jest szybsze ale jestem tak rozochocony, że… nie wiem gdzie mam biec. Krzyczę coś do wolontariusza, a ten odpowiada „w prawo”. Ja skręcam w prawo, a on do mnie „Nie w to prawo, w drugie”. Nie jestem dla niego miły. Rzucam mięsem i gnam, jakby mi było wstyd, bo przecież co winien jest ten chłopaczek. Dla niego było w prawo.

Widzę jak wolno ludzie poruszają się koło mnie i dostosowuję się do ich prędkości. Mam jeszcze 20 km do przebiegnięcia, przecież nie mogę gnać jak Usain Bolt skoro oni idą jak Korzeniowski. Po pierwszych 2 kilometrach zauważam oznaczenia kilometrów na jezdni. O kurczę co tak wolno? 5:40 na kilometr? Jakby mnie ktoś ścisnął ostrogami, przechodzę do galopu.

Mijam coraz więcej osób. Niektórzy zaczynają iść ale dopiero później domyślam się, że to ludzie z IM. Oni mają za sobą 3 godziny roboty więcej niż ja.

Gdzieś na początku biegu widzę Remka, który kończy pierwszą pętlę. Czyli mam do niego straty ponad 3 km. Bez szans, żeby go dogonić. Gdybyśmy stali w takiej odległości na płaskim jak stół terenie, to pewnie bym go nawet nie widział. Ale tutaj taki kontakt wzrokowy daje dodatkowego kopa. Przecież nie ma to jak gonić króliczka 😉

Biegnę ze swoim bidonem z którego siorbię malutkie łyczki. Dużo wygodniej niż z kubeczków. Na nawrotce biorę w łapę połówkę banana i jak małe dziecko ciamkam po kawałeczku i przeżuwam, kręcąc mordą. Wprowadza się idealnie, czuję jakbym dostał dodatkowej mocy, choć to niemożliwe. Ten banan dostarczy mi energii ale raczej na samą końcówkę.

Czuję się lekko, dlatego cały czas przyspieszam. Jak mały szybkobieżny czołg, pokonuje kolejne przeszkody, kolejnych rywali. Na końcu pętli dostaję śmieszną frotkę do włosów, jakich używają małe dziewczynki. Zakładam ją na rękę, żeby pamiętać ile już pętli zrobiłem. Euforia trwa nadal, w locie mijam Ola, który krzyczy „Nie za szybko?”.

Rzeczywiście robię kilometr w 4:20. W takim tempie pobiłbym swój rekord życiowy w półmaratonie o 7 minut! Zwalniam, przecież planowałem biec 1 km w 5 minut. W końcu to nie przebieżka, ani interwały. Zaczyna się mozolne stukanie metrów, które przechodzą w kilometry. Widzę, że ludzie walczą ze sobą i dystansem straszliwie. Czasami jest mi aż głupio, że mi idzie tak łatwo i mijam ich jak tyczki w slalomie. Facet z rozpiętym kostiumem i szerokim torsem na wierzchu ma skrzywioną z bólu twarz. Jego bieg przypomina raczej szybki marsz, widać, że ma serdecznie dosyć. A tu śmiga koło niego jakiś pacan rozochocony i cały w skowronkach.

Widzę parę, która biegnie razem. Dziewczyna jest świeżutka, jak wiosenna bryza. Stara się wyciągnąć partnera, nadając mu tempo. Ale to zupełnie inna bajka trzymać tempo w biegu, gdy się zaczęło kilka kilometrów temu, a gdy ma się za sobą 2 km pływania i 90 km jazdy rowerem.

Mijamy się po raz kolejny z Remkiem. Odległość między nami wyraźnie maleje ale nadal mam baaardzo daleko. Dopiero jakby zaczynał mi się majaczyć na horyzoncie.

 Kolejny „przeciwnik na kolankach”

Ludzie mówią, że triatlon zaczyna się na biegu. I że tam dla wielu się kończy. Teraz widzę co to oznacza. Wielu twardzieli po prostu idzie. I to nie jest marsz lekki, sielankowy, jak spacerek z psem. Oni zmuszają swoje ciała do poruszania się. Kilku z nich ma 4 frotki na ręku. Ci mają najtrudniej. Powoli kończą Ironman’a.

Po mniej więcej połowie dystansu zdaję sobie sprawę, że na biegu nikt mnie nie wyprzedził. To cały czas ja kogoś wyprzedzam. Czasem tylko nie wiem, czy oni mają tak jak ja jeszcze 10 km czy też już finiszują

Niektórzy są wspomagani pomocą z zewnątrz. Zachwycam się widokiem gdy gładkolica siedząca na poboczu wypatruje swoje piękne oczy. Piękne ale pogrążone w smutku. Jej facet dawno powinien tu być, a nadal nie dobiega? A może jego stan, taki jakiś „niewyraźny”, tak ją niepokoi? Albo zwyczajnie ma już dość tego siedzenia i oglądania spoconych, śmierdzących truchtaczy i poszłaby chętnie do domu. Żeby jeszcze było na co popatrzeć, phi.

Na 12 km kończy mi się mój izo. Proszę wolontariuszy o zatankowanie bidonu do pełna i zastanawiam się jak się przemóc i pokonać smak izotoniku orgów. Przypomina mi się Bear Grylls pijący własny mocz ze skóry świeżo wypatroszonego węża. Ciekawe co byłoby gorsze. Od czego jednak wyobraźnia. Przecież w tym bidonie przed chwilą był mój izo więc staram się go odnaleźć w tej cieczy, którą dostałem. „Nie ma brzydkich kobiet tylko wina brak”. Nie ma złych izotoników, tylko zmęczenie zbyt małe. I proszę, teraz izo orgów plus półowka banana smakuje prawie jak woda Perier i astrachański kawior.

Zresztą nawet jakby smakował inaczej to Mi już jest wszystko jedno. Mam dosyć biegania, triatlonu i wszystkiego dookoła. Boże, jak ja nienawidzę biegania!

Chwilowym ratunkiem jest widok pleców Remka. Dopadam go, biegniemy razem, gadamy jak gdyby nigdy nic, o startach. Ja opowiadam jak było ciężko na Karkonoskim, on o tym, że chce jeszcze zaliczyć Krynicę i Maraton Warszawski. Jest miło i miło. Zapominamy na chwilę, jak czują się nasze organizmy.

Nagle słyszę okrzyk radości i zaczyna biec koło mnie Olo. Zagrzewa mnie do walki, pokrzykując coś o ostatnich kilometrach. Jak Kaszpirowski przekazuje mi trochę swojej energii i znów przyspieszam. Doganiam kobietę z którą rozmawialiśmy na starcie. A ona zamiast nawrócić, biegnie dalej prosto. Z przerażeniem patrzę za nią i chcę krzyczeć: „Hej obudź się, nie w tę stronę”. I dopiero wtedy widzę bramę META. Ona jest już po drugiej stronie. A ja mam jeszcze do raju 5 km ;(

Energia od Ola i kibiców oraz zazdrość o finisz, uruchamia ukryte rezerwy paliwa. Biegnę najszybszy kilometr w całym półmaratonie – 4:11! Szkoda, że to tylko łabędzi śpiew. Zaraz później tempo spada mi w okolice 5 minut. Ja już naprawdę mam dosyć. Zaczyna się stękanie, zagłuszanie bólu i zmęczenia muzyką. Właściwie przestaję już widzieć coś więcej niż drogę przede mną. Na ostatnim nawrocie biorę jeszcze jedną połówką banana ale po 200 metrach muszę go wyrzucić. Nie starczy mi koncentracji na zjedzenie go. Teraz mózg ma jedyne zadanie. Sterować nogami, żeby nie przestały się poruszać. I zostało mu energii tylko na to. Nic ponadto się nie liczy.

 A jednak się udało!

Wreszcie jest. Wymarzona, wymęczona, wystękana. META. Dla pewności sprawdzam ile mam frotek na ręku – czy na pewno mogę już finiszować. Czas poniżej 6 godzin czyli tak jak sobie wymarzyłem. Jestem w stanie się poruszać, nogi nie załamują się pod moim ciężarem, nie kończę na czworakach. Okrzyk radości, wzruszenia, satysfakcji. Cel osiągnięty – medal Borówno 2012 Finisher jest mój!

Kończę HIM z czasem 5:53:12 zajmując 183 miejsce na 321 startujących. 1,9 km w jeziorze przepłynąłem w 42:45 (240 na 321), 90 km roweru przejechałem w 3:18:03 co dało mi 277 miejsce, a bieg ukończyłem w 1:46:02 wyprzedzając po drodze kilkudziesięciu osobników (58 czas).

Z perspektywy paru tygodni ważniejszy od czasu i miejsca jest jednak fakt, że zmobilizowałem się do trenowania 3 dyscyplin i to przez 5 miesięcy. I co najważniejsze, nie czuję pustki, jak po przebiegnięciu pierwszego maratonu. Mam apetyt na więcej 😉

A zatem ciąg dalszy nastąpi…

 

Jedna myśl nt. „Pół człowiek z żelaza cz. 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *