“Życie mieszkańca chińskiego miasta jest nieustanną pogonią za “jeszcze goręcej i jeszcze głośniej”.
Tak jednym zdaniem można podsumować spostrzeżenia z krótkiej, pierwszej wizyty w Chinach. Szczególnie na południu Chin lub w takich miastach jak Szanghaj czy Pekin.
Po drugiej, trzeciej wizycie czy 20 latach mieszkania w Chinach to zdanie nie wystarcza. Co począć, żeby spróbować zrozumieć to co się dzieje w Państwie Środka? Można napisać książkę. Tak zrobił Rob Schmitz, pisząc “Ulicę Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj.”
Jego książka to właściwie zbiór reportaży o życiu kilku osób zamieszkujących tytułową ulicę. Ich historie pokazują jak szybko zmieniają się Chiny i jak radzą sobie z tym ich mieszkańcy.
Miesięczny pobyt w Państwie Środka, pozwolił mi spojrzeć na opowieści Schmitza trochę z innej perspektywy. Jednak nawet dla czytelnika, który zna Chiny tylko z karykaturalnej perspektywy polskich mediów, a może szczególnie dla niego będzie ta książka zaskakująco “znajoma”.
Zaskakujące, w kontekście podobieństwa z naszymi, są bowiem opisy wesela na prowincji czy sposób myślenia ludzi z małych miasteczek i „słoików” w wielkich metropoliach. Zaskakująco podobne mogą być słowa profesora Wei, cytowane przez autora “Najpierw trzeba odbudować zaufanie Chińczyków do państwa, Nie ma już patriotyzmu. Nie ma zaufania. Nie ma miłości. Chiny kroczą bezduszną drogą.”
Z drugiej strony, gdy już myślimy, że globalizacja wyrównała różnice kulturowe, dostajemy przykłady odmienności. Szokująca dla nas może być na przykład łatwość i bezpośredniość z jaką Chińczycy rozmawiają o samobójstwie. Szczególnie wiedząc, jak dużym tematem tabu jest w Chinach samo słowo śmierć. Przecież w wielu hotelach nie ma oznaczeń 4 piętra, tylko dlatego, że liczebnik cztery- “sì” jest podobny do słowa śmierć – “sǐ”
Tymczasem czytamy: „Moja kuzynka wypiła pół litra pestycydów ale to nie wystarczyło” – mówi jedna z bohaterek. Tak jakby mówiła o tym, że kuzynka wypiła herbatę, którą była za gorzka. Kultura pragmatycznego rozwiązywania problemów?
Możemy nie dowierzać, że nadal tak popularne są aranżowane małżeństwa i traktować targ singli w Szanghaju, jako ciekawostkę turystyczną. Historie opisane przez Schmitza mówią jednak co innego.
Możemy zżymać się, jak to możliwe, że dla Chińczyków tak obca jest kultura budowania indywidualnej tożsamości niezależnej od społeczeństwa, a tak bardzo istotny jest klan i rodzina. Dlaczego nawet wyrażając swoją osobowość, nie kontestują systemu.
Niezależnie od tego czy mamy serdecznie dość renao – „gorąco i głośno” czyli swojskiego rozgardiaszu panującego na każdym kroku w Chinach albo masowej turystyki, trudno nie zauważyć podobieństw w ich i naszym życiu.
Dla mnie ale i chyba dla autora, najbardziej intrygujące jest zagubienie panujące wśród ludzi, którym otoczenie zmieniło się zbyt szybko. Brzmi znajomo?
Zgodnie z porzekadłem, że w Chinach jest tak samo jak w Polsce tylko 10 razy więcej, szybciej i taniej, nasz 25 letni skok wydaje się żabim w porównaniu z ich. Symbolem niech będzie zamienienie wioski rybackiej w nowoczesne 12 milionowe miasto Shenzhen.
Taki skok nie pozostaje bez wpływu na ludzi.
Zagubienie objawia się w różnych postawach:
- zatraceniu się w pędzie codzienności „Pędząc z wichrem, ścigam słońce”,
- poszukiwaniu sensu życia w religiach,
- pławieniem się w rozbuchanej konsumpcji,
- przyjęciem postawy “Mei banfa” czyli „Nic się nie da zrobić”.
Jakże znajome, prawda?
Patrząc codziennie na rzekę Chińczykow podążających do pracy, na uczelnię lub “na handel”, przychodziły mi na początku na myśl takie proste skojarzenia „bezwładnej masy, podporządkowanej Chinese dream” czyli hasłu programowemu partii.
„Chińczycy mogą realizować swoje marzenia pod warunkiem, że będą one zgodne z celami państwa, które wyznacza Komunistyczna Partia Chin”, podsumowuje program pierwszego sekretarza – Geremie R. Barmie, cytowany przez Schmitza.
Ile w tym prawdy, a ile prostej próby ogarnięcia chińskiego żywiołu? Czy to Chińczycy dostosowują się do programu partii, czy może wręcz odwrotnie?
Książka Schmitza nie stara się rozszyfrować zgrabnym zdaniem, tego co dzieje się w Chinach.
Może dlatego, że autor, nie opisuje Chin z pozycji dziennikarza korespondenta, który czasem Chiny odwiedza. On tam mieszka, jeździ rowerem po Szanghaju, uruchamia oczyszczacze powietrza w swoim mieszkaniu, przekonuje znajomą Chinkę, żeby nie dała się nabrać na kolejną piramidę finansową. Jest zafascynowany Chińczykami, a czasem przerażony tym co się z nimi dzieje.
Ja odnalazłem w jego książce swoje wrażenie, że Chińczycy są do nas bardzo podobni, mimo tego, że tak różni. Nie odpowiedział mi jednak skąd bierze się to przeświadczenie. Może dlatego, że sam przyznaje się do tego, że „Im dłużej mieszka w Chinach tym mniej wie o tym kraju”.
wbz2du